sobota, 7 listopada 2015

365.786

Tak, policzyłam, ile mnie tu nie było!
346 dni - to prawie rok marazmu, nic nierobienia ze sobą? A skąd! walka zawsze we mnie jest! Takie bezsensowne (bo bezskuteczne) boksowanie się, rezygnowanie i podnoszenie. 
Przyznaję, zaprzepaściłam trochę kilogramów.
Przyznaję, boję się powrotu.
Ale:
Nie poddam się bez walki. A co! Przynajmniej będę się zdrowo odżywiać...
Nie dążę do ideału. Stawiam małe cele i będę się cieszyć z ich realizacji.
Będę się lubić, bez względu na wszystko. Będę się starać dbać o siebie i być dla siebie dobra.

Taki spontaniczny wpis, bo chcę, by był ślad.
Bo przejrzałam swoje stare wpisy i widzę, że warto notować ;)
Nie spodziewam się wielu czytających (może dlatego tak sobie mogę pleść ;)).
Tak czy inaczej. Wróciłam, na razie 3 kg udało mi się ruszyć (wiem, woda i takie tam). Dobry start.
Walczę!

środa, 26 listopada 2014

365.440

Nie wiem, jak teraz mają się tytuły postów do tytułu bloga? Co powinnam zmienić? ;) Aaa, niech tak zostanie. W zasadzie to nie wiem, ile to potrwa, ale nie ma to dla mnie teraz znaczenia ;)

Dziś miałam trochę przemyśleń na temat swojego odchudzania. Na pewno nie są to myśli odkrywcze, ale dla mnie może jakoś przełomowe? To się pewno okaże...

Patrycja poleciła mi książkę o psychologii odchudzania. Nie kupiłam jej (jeszcze), ale zaczęłam szukać w necie różnych informacji na ten temat.
Doszłam do wniosku, że TO musi siedzieć w głowie! Wiedzę mam. Dobre składniki mam. Wszystko mam, czego mi potrzeba. Tylko głowa nie ta ;)
Dojdę i do tego, co tam siedzi ;)

Dziś jedzenie bardzo poprawne, choć korci mnie, żeby iść po lampkę wina...
Ale może pójdę do łóżka i coś poczytam ;)


poniedziałek, 24 listopada 2014

365.438

Czy ja już mogę uznać dzisiejszy dzień za udany? :)
Jadłam regularnie, dobrze :) Przygotowałam sobie jedzenie do pracy, nie podjadałam, wieczorem grzecznie piłam ziołowe herbatki :)
Dobra. 1:0 dla mnie :)
Idę teraz spać, żeby mieć siłę na jutro (obiad do pracy w pojemniczku ;)).
Lubię takie dni, jak mi idzie :)

niedziela, 16 listopada 2014

365.430

Nie idzie mi.
Muszę odnaleźć motywację.
Mam dużo pracy, stresu. Wiem, to wymówki.
Przygotowanie kaszy jaglanej z warzywami nie zabiera dużo czasu...

Ale ja wieczorami jestem tak strasznie głodna! Cały dzień pięknie jem. Regularnie. Porcje dobre. Wieczorem jestem nienażarta...

Nie lubię siebie takiej nieskutecznej.

Nie chcę wrócić do punktu wyjścia!!!

wtorek, 4 listopada 2014

365.418

Zadałam sobie duuużo trudu, żeby policzyć, który to dzień mojego 'projektu'. Projektu, którego nie doprowadziłam do końca tak, jak zamierzałam. Projektu trudnego, wymagającego. Projektu, w którym miałam wykazać się i dyscypliną, i pewną swobodą, radością, pasją...

Czego zabrakło? Konsekwencji (jak zwykle), determinacji i może trochę tej pasji?

Ale ponieważ nie wszystko stracone, to mogę uznać tę przerwę za przerwę właśnie i pociągnąć 'projekt' dalej? Dokończyć. A może po prostu realizować? Może żadnego końca nie będzie?

A dlaczego? Bo się świetnie czułam, jak kontrolowałam się w tej sferze życia.
Nie tylko dlatego, że chudłam.
Dobrze się czułam fizycznie. Lekko.
Dobrze się czułam psychicznie. Czułam, że realizuję cele, a to jest baaardzo motywujące.
Oczywiście lepszy wygląd to też nie byle co!

Co mi przeszkadza?
Lenistwo? Bo to chyba to... Nie przygotowuję sobie jedzenia na następny dzień - co za tym idzie, jem gorzej... A przecież wiem, że te moje dania nie są wymagające, robi się je raz-dwa, szybciej niż wszystko inne... To czemu nie chce mi się wieczorem ruszyć tyłka?

No i teraz te wieczory... kominek... wino... Jak sobie wytłumaczyć, że można mieć inną przyjemność? Jak zastąpić wino Chodakowską? ;)

Raz kozie śmierć :)
Wróciłam. Muszę! Inaczej się uduszę! :)

Dla samej siebie.


niedziela, 15 czerwca 2014

365.276

Tak, wiem, trzy tygodnie milczenia.
Zaczęłam dietę i... się zablokowałam.
Nie wiem, co się stało.
Jakoś mi nie idzie.
Zmęczenie materiału? Znużenie?
Bo na pewno nie brak motywacji. Motywację mam. Wielką satysfakcję z tego, co osiągnęłam. I za nic w świecie nie chcę tego stracić i wrócić do starego! Za nic!

Chudnę powolutku. Krok do przodu, dwa do tyłu. No bez sensu.
Do tego stres co rano przy ważeniu.
Ważę się raz, schodzę z wagi, wchodzę jeszcze raz z nadzieję, że będzie inny wynik i... tak było ostatnio, był inny - 100 g więcej! i po cholerę wchodziłam ten drugi raz? no?
I z tego stresu mam wrażenie, że cały czas mam zaparcia. Ale to przecież niemożliwe, zważywszy na to, jak jem, co jem, ile wody piję!

No generalnie morale na razie takie se.
Przynajmniej podjęłam wyzwanie przysiadowe - dziś zrobiłam 190, zostało mi kilka dni do końca 'programu'. I nie łudzę się, że waga stoi, bo mi taaak mięśnie urosły... ;)

Wiem, że blog ma wartość, jak jest pisany 'na dobre i na złe', a ja się wycofuję, jak nie jest za dobrze... Że powinnam inaczej.
Ale nie chcę wyjść na malkontentkę. Muszę sobie poukładać w tej łepetynie, co z tym zrobić...

I paradoksalnie, mimo że nie chudnę, zbieram dużo pochwał, że tak pięknie chudnę :)
To bardzo miłe jest! Choć wolałabym, żeby waga nadal spadała...

No dobra, postaram się pisać bez względu na poziom satysfakcji.




A to moje dzisiejsze niedzielne nieśpieszne śniadanie :)

piątek, 23 maja 2014

365.253

Odkrycie: Podstawą każdej diety jest dobry plan posiłków...
To początek artykułu, na który się dziś natchnęłam, i... olśniło mnie!
Nie mogę w swoim 'jedzeniu' iść na żywioł!
Muszę dokładnie wiedzieć, co będę jeść następnego dnia. I chodzi głównie o obiady i kolacje (bo śniadania owsiankowo-kaszojaglane mi pasują).

Dzisiaj cierpię! Zgrzeszyłam, ale nawet nie mam wyrzutów!

Wszystko przez truskawki!
Nie powściągnęłam się i zjadłam kilka więcej (hahaha, kilka!).
Mam też straszną ochotę na szparagi... a jutro nie mam ich w jadłospisie (ale ominę to, gdyż mam szaszłyki warzywne ;)).

A tak w ogóle to fajnie mi, jak zwykle, jak mi idzie.
"Zrzuciłam" prawie 2,5 kg - od wtorku, czyli woda, woda, woda... ileż jej można nagromadzić?!

I kupiłam sobie na dobry start takie coś o:















 No sroka ze mnie ;)