Udało mi się! Po prawie dwóch miesiącach przerwy udało mi się potruchtać.
Najgorsze są dla mnie przerwy, przestoje. Trudno mi się wraca, trudno wbić się w rytm treningów. No i forma gorsza, nie ma co ukrywać. Ale... w głowie mam jedną myśl - trudno, nieważne! ważne, że wyszłam, że się poruszałam, że nie przesiedziałam na kanapie!
No i głowa jakby lżejsza... Chyba jestem na takim etapie, że jak nie ćwiczę, to... gryzę ;) Więc muszę się ruszać, bo inaczej rodzina mnie pogna z chaty ;)
Czemu tak jest, że - mimo że człowiek po treningu czuje się fantastycznie - tak trudno wyjść pobiegać? Co siedzi w tej głowie?
Takie (mało odkrywcze) refleksje na wieczór ;)
(a, dodatkowo po treningu jakoś lepiej jem - szkoda mi zaprzepaścić pracę. czyli... same korzyści ;))
wtorek, 5 września 2017
piątek, 25 sierpnia 2017
no i jak ja mam to teraz policzyć? od dziś nie liczę, tytułować będę inaczej :P
Ponad rok milczenia.
Ponad rok walki. Nierównej. Przegrywam.
Ale nie chcę się poddać. Stąd ten wpis.
Zaczynam prawie od początku... Beznadzieja... Nie, ja wciąż ją mam. Tylko coś muszę zrobić INACZEJ.
Wrócę tu wkrótce! ;)
Ponad rok walki. Nierównej. Przegrywam.
Ale nie chcę się poddać. Stąd ten wpis.
Zaczynam prawie od początku... Beznadzieja... Nie, ja wciąż ją mam. Tylko coś muszę zrobić INACZEJ.
Wrócę tu wkrótce! ;)
środa, 3 sierpnia 2016
365.1056
Byłam na siłowni. Lubię to. Naprawdę. Lubię czuć mięśnie (zwłaszcza te, których na co dzień nie czuję ;)).
Mam za to problem, bo zaraz po treningu opadam z sił... No total. Nic nie mogę zrobić, najchętniej poszłabym spać! Że niby sport dodaje energii?? ;)
Może się przyzwyczaję. Może to kwestia diety, bo może jednak naprawdę za mało jem (pilnuję się, bo wiadomo, jak już ćwiczę, to nie chcę, żeby ten wysiłek poszedł na marne ;)).
Muszę to wybadać :) Poczytać trochę, może poradzić się kogoś...
Mam w planach od września chodzić rano, przed pracą. Jakoś muszę się z tym wszystkim ogarnąć do tej pory :)
Mam za to problem, bo zaraz po treningu opadam z sił... No total. Nic nie mogę zrobić, najchętniej poszłabym spać! Że niby sport dodaje energii?? ;)
Może się przyzwyczaję. Może to kwestia diety, bo może jednak naprawdę za mało jem (pilnuję się, bo wiadomo, jak już ćwiczę, to nie chcę, żeby ten wysiłek poszedł na marne ;)).
Muszę to wybadać :) Poczytać trochę, może poradzić się kogoś...
Mam w planach od września chodzić rano, przed pracą. Jakoś muszę się z tym wszystkim ogarnąć do tej pory :)
sobota, 30 lipca 2016
365.1052
Jeszcze nie znalazłam pomysłu, jak nazywać posty, więc doliczam te cholerne dni! Gdybym wytrwała, byłabym już cienka jak witka! ;)
Byłam dziś na siłowni. Klamka zapadła.
2h ćwiczeń i ledwo dycham. Bolą mnie mięśnie i ogólnie jestem wy mę czo na!
Gadałam sobie z instruktorem na sali. Wypytał mnie najpierw dokładnie o jedzenie.
Wg niego za dużo jem węglowodanów. No cóż, dobry trop...
Potem mnie zważył i pomierzyliśmy skład ciała. Nie chcę na to patrzeć. Zniechęca mnie to, co widzę. Jakaś beznadziejna sytuacja. Nie do pokonania...
Na dodatek pomierzyłam obwody, jak wróciłam do domu. Wszędzie więcej niż na początku roku (mimo że ćwiczę!). Do dupy to jest.
No ale jakie mam wyjście? Jak się poddam, to już mogę kupować spódnicę na gumce.
Mogę walczyć dalej, choć ryczeć mi się chce, a nie walczyć.
Kurna, ja bardzo grzecznie proszę o jakieś zauważalne efekty w ciągu najbliższego miesiąca, dwóch... Na zachętę tak...
To byłam ja. Załamana, ale niepoddająca się!
Byłam dziś na siłowni. Klamka zapadła.
2h ćwiczeń i ledwo dycham. Bolą mnie mięśnie i ogólnie jestem wy mę czo na!
Gadałam sobie z instruktorem na sali. Wypytał mnie najpierw dokładnie o jedzenie.
Wg niego za dużo jem węglowodanów. No cóż, dobry trop...
Potem mnie zważył i pomierzyliśmy skład ciała. Nie chcę na to patrzeć. Zniechęca mnie to, co widzę. Jakaś beznadziejna sytuacja. Nie do pokonania...
Na dodatek pomierzyłam obwody, jak wróciłam do domu. Wszędzie więcej niż na początku roku (mimo że ćwiczę!). Do dupy to jest.
No ale jakie mam wyjście? Jak się poddam, to już mogę kupować spódnicę na gumce.
Mogę walczyć dalej, choć ryczeć mi się chce, a nie walczyć.
Kurna, ja bardzo grzecznie proszę o jakieś zauważalne efekty w ciągu najbliższego miesiąca, dwóch... Na zachętę tak...
To byłam ja. Załamana, ale niepoddająca się!
czwartek, 28 lipca 2016
365.1050
Taaak, policzyłam te cholerne dni! Ale muszę zmienić koncepcję nazywania tych postów, bo trochę chyba to mało motywujące ;)
Znów postanowiłam wrócić na bloga. Nie ma mnie tu, ale to nie znaczy, że nie walczę. Co najwyżej znaczy, że mam przerwy, że walczę bez większego planu i sukcesu...
Kilka przemyśleń na nowy początek:
1. idę na siłownię - kiedyś ćwiczyłam na siłowni i ona chyba ze sportów służyła mi najbardziej. Ładnie wyrzeźbione ciało, chudłam... Postanowiłam sprawdzić, czy wciąż na mnie działa :)
Zaczęłam nawet truchtać, ale tak naprawdę chciała po prostu ruszyć tyłek z sofy i przyzwyczaić się mentalnie do ruchu i potu ;) Może i tego nie zarzucę, bo to fajny sport na każdą praktycznie okoliczność, każdy wyjazd, mało problematyczny. Ale ja muszę naprawdę działać efektywnie. Dlatego dołączę tę siłownię.
W planach mam poranne treningi, przed pracą (wstawanie to nie jest problem). Minimum trzy razy w tygodniu (zobaczymy, co powie instruktor na mój plan ;)).
I jakoś muszę jeszcze przezwyciężyć problem logistyczny, bo mamy na razie jeden samochód... Coś poradzę.
2. spokój, zachować spokój. Redukować stres, ten związany z wagą też! Bo hormon stresu utrudnia spalanie tkanki tłuszczowej!
Znaleźć sposób na odstresowanie się, na relaks.
Co mnie relaksuje?
Wino. Ale to też nie sprzyja odchudzaniu, więc muszę znaleźć inny sposób :)
Sport - nie za bardzo lubię się pocić, ale... uwielbiam uczucie PO! I jak nie chce mi się ruszyć, to myślę tylko o tym, jak będę się czuła PO :) To chyba dla mnie najlepszy sposób, muszę to przyjąć do wiadomości, bo odstresowuje i spala kalorie :) i ciało ujędrnia na dodatek :)
3. planowanie posiłków. To jest warunek dla mnie sine qua non!
Nie ma spontanu! (przynajmniej nie na co dzień)
Muszę mieć rozpisany plan, co najmniej z dniowym wyprzedzeniem. Ale tak naprawdę, przydałoby się większe wyprzedzenie, bo trzeba zakupy robić odpowiednie.
Muszę rozwiązać problem jedzenia po pracy. Tak ustawić jedzenie w ciągu dnia, żeby po pracy nie być głodną jak wilk i nie wyjadać lodówki (nawet zdrowych rzeczy!). Skupić się na kontrolowaniu wieczorów!
Co wykluczyć, wg poradników?
- słodnie napoje - no problem, prawie ich nie piję. właściwie w ogóle ich nie piję.
- wino - może założyć, że tylko w weekendy?
- lody - no w lecie lubię, niestety. może starać się nie jeść takich zwykłych, 'przemysłowych'? jeść tylko jakieś wypasione?
Boszzz... ale się rozpisałam :)
Nie zakładam, że wiele osób tym zanudzę ;) Piszę, szczerze mówiąc, żeby się zaangażować, żeby uporządkować swoje myśli na ten temat i żeby ślad pozostał, bo jednak czasem wracam w to miejsce...
Znów postanowiłam wrócić na bloga. Nie ma mnie tu, ale to nie znaczy, że nie walczę. Co najwyżej znaczy, że mam przerwy, że walczę bez większego planu i sukcesu...
Kilka przemyśleń na nowy początek:
1. idę na siłownię - kiedyś ćwiczyłam na siłowni i ona chyba ze sportów służyła mi najbardziej. Ładnie wyrzeźbione ciało, chudłam... Postanowiłam sprawdzić, czy wciąż na mnie działa :)
Zaczęłam nawet truchtać, ale tak naprawdę chciała po prostu ruszyć tyłek z sofy i przyzwyczaić się mentalnie do ruchu i potu ;) Może i tego nie zarzucę, bo to fajny sport na każdą praktycznie okoliczność, każdy wyjazd, mało problematyczny. Ale ja muszę naprawdę działać efektywnie. Dlatego dołączę tę siłownię.
W planach mam poranne treningi, przed pracą (wstawanie to nie jest problem). Minimum trzy razy w tygodniu (zobaczymy, co powie instruktor na mój plan ;)).
I jakoś muszę jeszcze przezwyciężyć problem logistyczny, bo mamy na razie jeden samochód... Coś poradzę.
2. spokój, zachować spokój. Redukować stres, ten związany z wagą też! Bo hormon stresu utrudnia spalanie tkanki tłuszczowej!
Znaleźć sposób na odstresowanie się, na relaks.
Co mnie relaksuje?
Wino. Ale to też nie sprzyja odchudzaniu, więc muszę znaleźć inny sposób :)
Sport - nie za bardzo lubię się pocić, ale... uwielbiam uczucie PO! I jak nie chce mi się ruszyć, to myślę tylko o tym, jak będę się czuła PO :) To chyba dla mnie najlepszy sposób, muszę to przyjąć do wiadomości, bo odstresowuje i spala kalorie :) i ciało ujędrnia na dodatek :)
3. planowanie posiłków. To jest warunek dla mnie sine qua non!
Nie ma spontanu! (przynajmniej nie na co dzień)
Muszę mieć rozpisany plan, co najmniej z dniowym wyprzedzeniem. Ale tak naprawdę, przydałoby się większe wyprzedzenie, bo trzeba zakupy robić odpowiednie.
Muszę rozwiązać problem jedzenia po pracy. Tak ustawić jedzenie w ciągu dnia, żeby po pracy nie być głodną jak wilk i nie wyjadać lodówki (nawet zdrowych rzeczy!). Skupić się na kontrolowaniu wieczorów!
Co wykluczyć, wg poradników?
- słodnie napoje - no problem, prawie ich nie piję. właściwie w ogóle ich nie piję.
- wino - może założyć, że tylko w weekendy?
- lody - no w lecie lubię, niestety. może starać się nie jeść takich zwykłych, 'przemysłowych'? jeść tylko jakieś wypasione?
Boszzz... ale się rozpisałam :)
Nie zakładam, że wiele osób tym zanudzę ;) Piszę, szczerze mówiąc, żeby się zaangażować, żeby uporządkować swoje myśli na ten temat i żeby ślad pozostał, bo jednak czasem wracam w to miejsce...
sobota, 7 listopada 2015
365.786
Tak, policzyłam, ile mnie tu nie było!
346 dni - to prawie rok marazmu, nic nierobienia ze sobą? A skąd! walka zawsze we mnie jest! Takie bezsensowne (bo bezskuteczne) boksowanie się, rezygnowanie i podnoszenie.
Przyznaję, zaprzepaściłam trochę kilogramów.
Przyznaję, boję się powrotu.
Ale:
Nie poddam się bez walki. A co! Przynajmniej będę się zdrowo odżywiać...
Nie dążę do ideału. Stawiam małe cele i będę się cieszyć z ich realizacji.
Będę się lubić, bez względu na wszystko. Będę się starać dbać o siebie i być dla siebie dobra.
Taki spontaniczny wpis, bo chcę, by był ślad.
Bo przejrzałam swoje stare wpisy i widzę, że warto notować ;)
Nie spodziewam się wielu czytających (może dlatego tak sobie mogę pleść ;)).
Tak czy inaczej. Wróciłam, na razie 3 kg udało mi się ruszyć (wiem, woda i takie tam). Dobry start.
Walczę!
346 dni - to prawie rok marazmu, nic nierobienia ze sobą? A skąd! walka zawsze we mnie jest! Takie bezsensowne (bo bezskuteczne) boksowanie się, rezygnowanie i podnoszenie.
Przyznaję, zaprzepaściłam trochę kilogramów.
Przyznaję, boję się powrotu.
Ale:
Nie poddam się bez walki. A co! Przynajmniej będę się zdrowo odżywiać...
Nie dążę do ideału. Stawiam małe cele i będę się cieszyć z ich realizacji.
Będę się lubić, bez względu na wszystko. Będę się starać dbać o siebie i być dla siebie dobra.
Taki spontaniczny wpis, bo chcę, by był ślad.
Bo przejrzałam swoje stare wpisy i widzę, że warto notować ;)
Nie spodziewam się wielu czytających (może dlatego tak sobie mogę pleść ;)).
Tak czy inaczej. Wróciłam, na razie 3 kg udało mi się ruszyć (wiem, woda i takie tam). Dobry start.
Walczę!
środa, 26 listopada 2014
365.440
Nie wiem, jak teraz mają się tytuły postów do tytułu bloga? Co powinnam zmienić? ;) Aaa, niech tak zostanie. W zasadzie to nie wiem, ile to potrwa, ale nie ma to dla mnie teraz znaczenia ;)
Dziś miałam trochę przemyśleń na temat swojego odchudzania. Na pewno nie są to myśli odkrywcze, ale dla mnie może jakoś przełomowe? To się pewno okaże...
Patrycja poleciła mi książkę o psychologii odchudzania. Nie kupiłam jej (jeszcze), ale zaczęłam szukać w necie różnych informacji na ten temat.
Doszłam do wniosku, że TO musi siedzieć w głowie! Wiedzę mam. Dobre składniki mam. Wszystko mam, czego mi potrzeba. Tylko głowa nie ta ;)
Dojdę i do tego, co tam siedzi ;)
Dziś jedzenie bardzo poprawne, choć korci mnie, żeby iść po lampkę wina...
Ale może pójdę do łóżka i coś poczytam ;)
Dziś miałam trochę przemyśleń na temat swojego odchudzania. Na pewno nie są to myśli odkrywcze, ale dla mnie może jakoś przełomowe? To się pewno okaże...
Patrycja poleciła mi książkę o psychologii odchudzania. Nie kupiłam jej (jeszcze), ale zaczęłam szukać w necie różnych informacji na ten temat.
Doszłam do wniosku, że TO musi siedzieć w głowie! Wiedzę mam. Dobre składniki mam. Wszystko mam, czego mi potrzeba. Tylko głowa nie ta ;)
Dojdę i do tego, co tam siedzi ;)
Dziś jedzenie bardzo poprawne, choć korci mnie, żeby iść po lampkę wina...
Ale może pójdę do łóżka i coś poczytam ;)
poniedziałek, 24 listopada 2014
365.438
Czy ja już mogę uznać dzisiejszy dzień za udany? :)
Jadłam regularnie, dobrze :) Przygotowałam sobie jedzenie do pracy, nie podjadałam, wieczorem grzecznie piłam ziołowe herbatki :)
Dobra. 1:0 dla mnie :)
Idę teraz spać, żeby mieć siłę na jutro (obiad do pracy w pojemniczku ;)).
Lubię takie dni, jak mi idzie :)
Jadłam regularnie, dobrze :) Przygotowałam sobie jedzenie do pracy, nie podjadałam, wieczorem grzecznie piłam ziołowe herbatki :)
Dobra. 1:0 dla mnie :)
Idę teraz spać, żeby mieć siłę na jutro (obiad do pracy w pojemniczku ;)).
Lubię takie dni, jak mi idzie :)
niedziela, 16 listopada 2014
365.430
Nie idzie mi.
Muszę odnaleźć motywację.
Mam dużo pracy, stresu. Wiem, to wymówki.
Przygotowanie kaszy jaglanej z warzywami nie zabiera dużo czasu...
Ale ja wieczorami jestem tak strasznie głodna! Cały dzień pięknie jem. Regularnie. Porcje dobre. Wieczorem jestem nienażarta...
Nie lubię siebie takiej nieskutecznej.
Nie chcę wrócić do punktu wyjścia!!!
Muszę odnaleźć motywację.
Mam dużo pracy, stresu. Wiem, to wymówki.
Przygotowanie kaszy jaglanej z warzywami nie zabiera dużo czasu...
Ale ja wieczorami jestem tak strasznie głodna! Cały dzień pięknie jem. Regularnie. Porcje dobre. Wieczorem jestem nienażarta...
Nie lubię siebie takiej nieskutecznej.
Nie chcę wrócić do punktu wyjścia!!!
wtorek, 4 listopada 2014
365.418
Zadałam sobie duuużo trudu, żeby policzyć, który to dzień mojego 'projektu'. Projektu, którego nie doprowadziłam do końca tak, jak zamierzałam. Projektu trudnego, wymagającego. Projektu, w którym miałam wykazać się i dyscypliną, i pewną swobodą, radością, pasją...
Czego zabrakło? Konsekwencji (jak zwykle), determinacji i może trochę tej pasji?
Ale ponieważ nie wszystko stracone, to mogę uznać tę przerwę za przerwę właśnie i pociągnąć 'projekt' dalej? Dokończyć. A może po prostu realizować? Może żadnego końca nie będzie?
A dlaczego? Bo się świetnie czułam, jak kontrolowałam się w tej sferze życia.
Nie tylko dlatego, że chudłam.
Dobrze się czułam fizycznie. Lekko.
Dobrze się czułam psychicznie. Czułam, że realizuję cele, a to jest baaardzo motywujące.
Oczywiście lepszy wygląd to też nie byle co!
Co mi przeszkadza?
Lenistwo? Bo to chyba to... Nie przygotowuję sobie jedzenia na następny dzień - co za tym idzie, jem gorzej... A przecież wiem, że te moje dania nie są wymagające, robi się je raz-dwa, szybciej niż wszystko inne... To czemu nie chce mi się wieczorem ruszyć tyłka?
No i teraz te wieczory... kominek... wino... Jak sobie wytłumaczyć, że można mieć inną przyjemność? Jak zastąpić wino Chodakowską? ;)
Raz kozie śmierć :)
Wróciłam. Muszę! Inaczej się uduszę! :)
Dla samej siebie.
Czego zabrakło? Konsekwencji (jak zwykle), determinacji i może trochę tej pasji?
Ale ponieważ nie wszystko stracone, to mogę uznać tę przerwę za przerwę właśnie i pociągnąć 'projekt' dalej? Dokończyć. A może po prostu realizować? Może żadnego końca nie będzie?
A dlaczego? Bo się świetnie czułam, jak kontrolowałam się w tej sferze życia.
Nie tylko dlatego, że chudłam.
Dobrze się czułam fizycznie. Lekko.
Dobrze się czułam psychicznie. Czułam, że realizuję cele, a to jest baaardzo motywujące.
Oczywiście lepszy wygląd to też nie byle co!
Co mi przeszkadza?
Lenistwo? Bo to chyba to... Nie przygotowuję sobie jedzenia na następny dzień - co za tym idzie, jem gorzej... A przecież wiem, że te moje dania nie są wymagające, robi się je raz-dwa, szybciej niż wszystko inne... To czemu nie chce mi się wieczorem ruszyć tyłka?
No i teraz te wieczory... kominek... wino... Jak sobie wytłumaczyć, że można mieć inną przyjemność? Jak zastąpić wino Chodakowską? ;)
Raz kozie śmierć :)
Wróciłam. Muszę! Inaczej się uduszę! :)
Dla samej siebie.
niedziela, 15 czerwca 2014
365.276
Tak, wiem, trzy tygodnie milczenia.
Zaczęłam dietę i... się zablokowałam.
Nie wiem, co się stało.
Jakoś mi nie idzie.
Zmęczenie materiału? Znużenie?
Bo na pewno nie brak motywacji. Motywację mam. Wielką satysfakcję z tego, co osiągnęłam. I za nic w świecie nie chcę tego stracić i wrócić do starego! Za nic!
Chudnę powolutku. Krok do przodu, dwa do tyłu. No bez sensu.
Do tego stres co rano przy ważeniu.
Ważę się raz, schodzę z wagi, wchodzę jeszcze raz z nadzieję, że będzie inny wynik i... tak było ostatnio, był inny - 100 g więcej! i po cholerę wchodziłam ten drugi raz? no?
I z tego stresu mam wrażenie, że cały czas mam zaparcia. Ale to przecież niemożliwe, zważywszy na to, jak jem, co jem, ile wody piję!
No generalnie morale na razie takie se.
Przynajmniej podjęłam wyzwanie przysiadowe - dziś zrobiłam 190, zostało mi kilka dni do końca 'programu'. I nie łudzę się, że waga stoi, bo mi taaak mięśnie urosły... ;)
Wiem, że blog ma wartość, jak jest pisany 'na dobre i na złe', a ja się wycofuję, jak nie jest za dobrze... Że powinnam inaczej.
Ale nie chcę wyjść na malkontentkę. Muszę sobie poukładać w tej łepetynie, co z tym zrobić...
I paradoksalnie, mimo że nie chudnę, zbieram dużo pochwał, że tak pięknie chudnę :)
To bardzo miłe jest! Choć wolałabym, żeby waga nadal spadała...
No dobra, postaram się pisać bez względu na poziom satysfakcji.
A to moje dzisiejsze niedzielne nieśpieszne śniadanie :)
Zaczęłam dietę i... się zablokowałam.
Nie wiem, co się stało.
Jakoś mi nie idzie.
Zmęczenie materiału? Znużenie?
Bo na pewno nie brak motywacji. Motywację mam. Wielką satysfakcję z tego, co osiągnęłam. I za nic w świecie nie chcę tego stracić i wrócić do starego! Za nic!
Chudnę powolutku. Krok do przodu, dwa do tyłu. No bez sensu.
Do tego stres co rano przy ważeniu.
Ważę się raz, schodzę z wagi, wchodzę jeszcze raz z nadzieję, że będzie inny wynik i... tak było ostatnio, był inny - 100 g więcej! i po cholerę wchodziłam ten drugi raz? no?
I z tego stresu mam wrażenie, że cały czas mam zaparcia. Ale to przecież niemożliwe, zważywszy na to, jak jem, co jem, ile wody piję!
No generalnie morale na razie takie se.
Przynajmniej podjęłam wyzwanie przysiadowe - dziś zrobiłam 190, zostało mi kilka dni do końca 'programu'. I nie łudzę się, że waga stoi, bo mi taaak mięśnie urosły... ;)
Wiem, że blog ma wartość, jak jest pisany 'na dobre i na złe', a ja się wycofuję, jak nie jest za dobrze... Że powinnam inaczej.
Ale nie chcę wyjść na malkontentkę. Muszę sobie poukładać w tej łepetynie, co z tym zrobić...
I paradoksalnie, mimo że nie chudnę, zbieram dużo pochwał, że tak pięknie chudnę :)
To bardzo miłe jest! Choć wolałabym, żeby waga nadal spadała...
No dobra, postaram się pisać bez względu na poziom satysfakcji.
A to moje dzisiejsze niedzielne nieśpieszne śniadanie :)
piątek, 23 maja 2014
365.253
Odkrycie: Podstawą każdej diety jest dobry plan posiłków...
To początek artykułu, na który się dziś natchnęłam, i... olśniło mnie!
Nie mogę w swoim 'jedzeniu' iść na żywioł!
Muszę dokładnie wiedzieć, co będę jeść następnego dnia. I chodzi głównie o obiady i kolacje (bo śniadania owsiankowo-kaszojaglane mi pasują).
Dzisiaj cierpię! Zgrzeszyłam, ale nawet nie mam wyrzutów!
Wszystko przez truskawki!
Nie powściągnęłam się i zjadłam kilka więcej (hahaha, kilka!).
Mam też straszną ochotę na szparagi... a jutro nie mam ich w jadłospisie (ale ominę to, gdyż mam szaszłyki warzywne ;)).
A tak w ogóle to fajnie mi, jak zwykle, jak mi idzie.
"Zrzuciłam" prawie 2,5 kg - od wtorku, czyli woda, woda, woda... ileż jej można nagromadzić?!
I kupiłam sobie na dobry start takie coś o:
No sroka ze mnie ;)
To początek artykułu, na który się dziś natchnęłam, i... olśniło mnie!
Nie mogę w swoim 'jedzeniu' iść na żywioł!
Muszę dokładnie wiedzieć, co będę jeść następnego dnia. I chodzi głównie o obiady i kolacje (bo śniadania owsiankowo-kaszojaglane mi pasują).
Dzisiaj cierpię! Zgrzeszyłam, ale nawet nie mam wyrzutów!
Wszystko przez truskawki!
Nie powściągnęłam się i zjadłam kilka więcej (hahaha, kilka!).
Mam też straszną ochotę na szparagi... a jutro nie mam ich w jadłospisie (ale ominę to, gdyż mam szaszłyki warzywne ;)).
A tak w ogóle to fajnie mi, jak zwykle, jak mi idzie.
"Zrzuciłam" prawie 2,5 kg - od wtorku, czyli woda, woda, woda... ileż jej można nagromadzić?!
I kupiłam sobie na dobry start takie coś o:
No sroka ze mnie ;)
wtorek, 20 maja 2014
365.250
No to pierwszy dzień za mną - chyba już mogę tak powiedzieć :)
To moje drugie śniadanie!
Prawda, że piękne? :)
Dobrze mi. Ja chyba jestem psychiczna ;) Ale lubię być na diecie.
Ale zadanie przede mną - nauczyć się nie żyć na diecie.
Nauczyć się dokonywać wyborów.
I przekonać samą siebie, że nie muszę korzystać z każdej nadarzającej się okazji, żeby coś pysznego zjeść/wypić, bo okazji będzie wiele i nic na zawsze mnie nie ominie :)
Nie wiem, jak to wytłumaczyć lepiej...
Jest dobrze :)
To moje drugie śniadanie!
Prawda, że piękne? :)
Dobrze mi. Ja chyba jestem psychiczna ;) Ale lubię być na diecie.
Ale zadanie przede mną - nauczyć się nie żyć na diecie.
Nauczyć się dokonywać wyborów.
I przekonać samą siebie, że nie muszę korzystać z każdej nadarzającej się okazji, żeby coś pysznego zjeść/wypić, bo okazji będzie wiele i nic na zawsze mnie nie ominie :)
Nie wiem, jak to wytłumaczyć lepiej...
Jest dobrze :)
poniedziałek, 19 maja 2014
365.249
Jutro zaczynam.
Z Patrycją :)
Cieszę się, ale też trochę się obawiam.
No nic... idę spać.
Jutro będzie dobry dzień :)
Z Patrycją :)
Cieszę się, ale też trochę się obawiam.
No nic... idę spać.
Jutro będzie dobry dzień :)
sobota, 17 maja 2014
365.247
Nic nie pisałam, ale kilka rzeczy się wydarzyło.
Od wtorku zaczynam kolejny set.
To dobrze. Bardzo dobrze.
Obawiam się diety w sezonie grilowo-imprezowo-wyjazdowym.
Już mam kilka imprez w zanadrzu, którym będę musiałam podołać.
Takie stacjonarne to pół biedy, gorzej z wyjazdami na dwa, trzy dni i dłużej...
Za tydzień mam pierwszy i nie wiem, czy nie zrezygnuję...
Drugi zaplanowany na koniec czerwca - do tego czasu jakoś okrzepnę...
Obawiam się, ale nie chcę tego przekładać.
Planowałam też przed następną sesją zrzucić jeszcze kilka kilogramów, ale marnie mi idzie, więc nie ma na co czekać.
Muszę spojrzeć sobie w oczy i pogodzić się z tym, że zaczynam z kilkoma kilogramami na plusie. Nie udało mi się tym razem utrzymać idealnie tego, co zdobyłam.
Ale też nie chcę (jak to miałam wcześniej w 'zwyczaju') z tego powodu machnąć ręką i powiedzieć, że dalsze odchudzanie zatem nie ma sensu.
Zaczynam z Patrycją, która za cel postawiła sobie oduczyć mnie bycia na diecie na tej diecie :)
Patrycja... poddam się bez szemrania, obiecuję być zdyscyplinowana, posłuszna i szczęśliwa :)
W poniedziałek spotykam się z Patrycją, żeby omówić, co i jak.
I niech już będzie ta ładna pogoda, no...
Potrzebuję dołączyć ruch!
Od wtorku zaczynam kolejny set.
To dobrze. Bardzo dobrze.
Obawiam się diety w sezonie grilowo-imprezowo-wyjazdowym.
Już mam kilka imprez w zanadrzu, którym będę musiałam podołać.
Takie stacjonarne to pół biedy, gorzej z wyjazdami na dwa, trzy dni i dłużej...
Za tydzień mam pierwszy i nie wiem, czy nie zrezygnuję...
Drugi zaplanowany na koniec czerwca - do tego czasu jakoś okrzepnę...
Obawiam się, ale nie chcę tego przekładać.
Planowałam też przed następną sesją zrzucić jeszcze kilka kilogramów, ale marnie mi idzie, więc nie ma na co czekać.
Muszę spojrzeć sobie w oczy i pogodzić się z tym, że zaczynam z kilkoma kilogramami na plusie. Nie udało mi się tym razem utrzymać idealnie tego, co zdobyłam.
Ale też nie chcę (jak to miałam wcześniej w 'zwyczaju') z tego powodu machnąć ręką i powiedzieć, że dalsze odchudzanie zatem nie ma sensu.
Zaczynam z Patrycją, która za cel postawiła sobie oduczyć mnie bycia na diecie na tej diecie :)
Patrycja... poddam się bez szemrania, obiecuję być zdyscyplinowana, posłuszna i szczęśliwa :)
W poniedziałek spotykam się z Patrycją, żeby omówić, co i jak.
I niech już będzie ta ładna pogoda, no...
Potrzebuję dołączyć ruch!
piątek, 9 maja 2014
365.239
Pomału się ogarniam. Wracam do rytmu. Wracam do porcji. Wracam do przepisów.
Lepiej mi z tym! Bez dwóch zdań!
(no i znikają wyrzuty sumienia ;))
Ciągle analizuję i zastanawiam się nad tym, kiedy najtrudniej zapanować mi nad apetytem.
I mam. Nie zdarza się często, bo też nieczęsto mam na to okazję - popołudniowa drzemka.
Choćby miała miejsce tuż po obiedzie i trwała 15 minut, to i tak budzę się głodna jak wilk!
Ki czort??
Jak nad tym zapanować?
Czym ten nieposkromiony apetyt oszukać? Przecież to nie jest głód! To jakieś spadki cukru, nie wiem co.
Sposób na to? nie spać w ciągu dnia.
Ale czasem się nie da - po intensywnym dniu takie 15 minut pozwalają w cudowny sposób się zregenerować. Nie warto z tym walczyć - ale warto walczyć z tym, co potem ;) ;)
Dzisiejszy mój grzech? kawałek ukochanej czekolady Lindta z chili...
Lepiej mi z tym! Bez dwóch zdań!
(no i znikają wyrzuty sumienia ;))
Ciągle analizuję i zastanawiam się nad tym, kiedy najtrudniej zapanować mi nad apetytem.
I mam. Nie zdarza się często, bo też nieczęsto mam na to okazję - popołudniowa drzemka.
Choćby miała miejsce tuż po obiedzie i trwała 15 minut, to i tak budzę się głodna jak wilk!
Ki czort??
Jak nad tym zapanować?
Czym ten nieposkromiony apetyt oszukać? Przecież to nie jest głód! To jakieś spadki cukru, nie wiem co.
Sposób na to? nie spać w ciągu dnia.
Ale czasem się nie da - po intensywnym dniu takie 15 minut pozwalają w cudowny sposób się zregenerować. Nie warto z tym walczyć - ale warto walczyć z tym, co potem ;) ;)
Dzisiejszy mój grzech? kawałek ukochanej czekolady Lindta z chili...
niedziela, 4 maja 2014
365.234
Koniec majówki. Święta już dawno minęło. Koniec pretekstów, wymówek. Na jutro już rozpisałam sobie posiłki. Muszę się postawić do pionu :)
Dziś na powitanie dzieci (były cztery dni na biwaku) zrobiłam tartę z mascarpone i malinami.
Pamiętam, jak ja my z siostrą byłyśmy młodsze i wracałyśmy do domu z jakichś obozów, zawsze na nasz czekało coś dobrego. Najbardziej chyba obie uwielbiałyśmy chrusty (czyli faworki)!
No i przełożyło się to na moje rodzinne życie - też zawsze się staram zrobić coś dobrego na ich przyjazd :)
Po pytaniach Patrycji pod poprzednim postem i po przeczytaniu artykułu z pogranicza psychodietetyki zaczęły mnie nachodzić myśli, że to może nie najlepiej, że chcąc zrobić im przyjemność, robię coś do jedzenia? Że rzeczywiście przygotowanie jedzenia (no może nie na co dzień, jak się spieszę), zapraszanie ludzi na jedzenie, a potem siedzenie i jedzenie - to są naprawdę przyjemności. I że zaspakaja się tym nie tylko potrzebę głodu... Ale to truizm.
Napisałam Patrycji, że jem z nudów. Myślałam i myślałam. To nie tak! Bo nie mam czasu ostatnio się nudzić. To jakieś cholerne zajadanie emocji. Mam chwilę wolnego, ale świadomość góry niezrobionych rzeczy nie pozwala mi się cieszyć tą chwilą, tylko mam jakieś wyrzuty sumienia i... Pewno wiele osób tego nie zrozumie ;)
Jejuuu, nie wiedziałam, że to odchudzanie jest takie trudne! i wcale nie chodzi mi o trzymanie diety, bo to w tym wszystkim jest najprostsze. Ale sam fakt, żeby poznać siebie, poznać mechanizmy, jakie mną kierują, kiedy sięgam BEZMYŚLNIE po coś...
No cóż :) Jako dojrzała kobieta powinnam chyba w końcu wejrzeć w siebie ;)
Dziś na powitanie dzieci (były cztery dni na biwaku) zrobiłam tartę z mascarpone i malinami.
Pamiętam, jak ja my z siostrą byłyśmy młodsze i wracałyśmy do domu z jakichś obozów, zawsze na nasz czekało coś dobrego. Najbardziej chyba obie uwielbiałyśmy chrusty (czyli faworki)!
No i przełożyło się to na moje rodzinne życie - też zawsze się staram zrobić coś dobrego na ich przyjazd :)
Po pytaniach Patrycji pod poprzednim postem i po przeczytaniu artykułu z pogranicza psychodietetyki zaczęły mnie nachodzić myśli, że to może nie najlepiej, że chcąc zrobić im przyjemność, robię coś do jedzenia? Że rzeczywiście przygotowanie jedzenia (no może nie na co dzień, jak się spieszę), zapraszanie ludzi na jedzenie, a potem siedzenie i jedzenie - to są naprawdę przyjemności. I że zaspakaja się tym nie tylko potrzebę głodu... Ale to truizm.
Napisałam Patrycji, że jem z nudów. Myślałam i myślałam. To nie tak! Bo nie mam czasu ostatnio się nudzić. To jakieś cholerne zajadanie emocji. Mam chwilę wolnego, ale świadomość góry niezrobionych rzeczy nie pozwala mi się cieszyć tą chwilą, tylko mam jakieś wyrzuty sumienia i... Pewno wiele osób tego nie zrozumie ;)
Jejuuu, nie wiedziałam, że to odchudzanie jest takie trudne! i wcale nie chodzi mi o trzymanie diety, bo to w tym wszystkim jest najprostsze. Ale sam fakt, żeby poznać siebie, poznać mechanizmy, jakie mną kierują, kiedy sięgam BEZMYŚLNIE po coś...
No cóż :) Jako dojrzała kobieta powinnam chyba w końcu wejrzeć w siebie ;)
środa, 30 kwietnia 2014
365.230
Nietypowo piszę rano.
Zawsze siadałam do bloga wieczorem, żeby też móc podsumować dzień.
Ale teraz mam chwilkę, więc piszę...
Od jakiegoś czasu ciągle to samo.
Nie podoba mi się to. Troszkę przybrałam, niedużo, ale jednak.
Kurcze, co ja mam w głowie, że nie potrafię tak normalnie kierować się zasadami?
Jak to działa, że jak JESTEM NA DIECIE, to nie mam problemu z regularnością, piciem wody... A jak nie jestem na diecie, to mi się przedłużają spotkania, unikam wody, bo jestem w trasie... Skąd się bierze to, że nic nie jest przeszkodą jak JESTEM NA DIECIE?
Chore to.
Muszę się jakoś sama skołczować ;)
Myślę, że to ani kwestia wiedzy (bo wiem już wystarczająco dużo), ani jakości jedzenia... To COŚ siedzi w głowie.
A skoro wiem i nie robię tego, co powinnam, to mam wyrzuty sumienia. A wiadomo, jak się z nimi żyje... Kijowo...
Dobrze, że jest ten długi weekend.
Będę miała trochę czasu dla siebie. Odpocznę. Marzy mi się wylegiwanie na słonku, ale chyba z tym będzie słabo, niestety...
W każdym razie muszę mieć czas, żeby sobie poukładać w głowie, o co kaman...
Na razie jestem tym trochę przygnębiona, przytłoczona, zmęczona...
Zawsze siadałam do bloga wieczorem, żeby też móc podsumować dzień.
Ale teraz mam chwilkę, więc piszę...
Od jakiegoś czasu ciągle to samo.
Nie podoba mi się to. Troszkę przybrałam, niedużo, ale jednak.
Kurcze, co ja mam w głowie, że nie potrafię tak normalnie kierować się zasadami?
Jak to działa, że jak JESTEM NA DIECIE, to nie mam problemu z regularnością, piciem wody... A jak nie jestem na diecie, to mi się przedłużają spotkania, unikam wody, bo jestem w trasie... Skąd się bierze to, że nic nie jest przeszkodą jak JESTEM NA DIECIE?
Chore to.
Muszę się jakoś sama skołczować ;)
Myślę, że to ani kwestia wiedzy (bo wiem już wystarczająco dużo), ani jakości jedzenia... To COŚ siedzi w głowie.
A skoro wiem i nie robię tego, co powinnam, to mam wyrzuty sumienia. A wiadomo, jak się z nimi żyje... Kijowo...
Dobrze, że jest ten długi weekend.
Będę miała trochę czasu dla siebie. Odpocznę. Marzy mi się wylegiwanie na słonku, ale chyba z tym będzie słabo, niestety...
W każdym razie muszę mieć czas, żeby sobie poukładać w głowie, o co kaman...
Na razie jestem tym trochę przygnębiona, przytłoczona, zmęczona...
wtorek, 22 kwietnia 2014
365.222
Święta, święta i po świętach - nasze ulubione rodzinne powiedzenie (które pojawia się zwykle pierwszego dnia :) zaraz po zaspokojeniu pierwszego głodu :))
W zasadzie to wciąż świętujemy, bo mimo że już po Wielkanocy, to mamy gości, siedzimy sobie razem (z przerwami na pracę jednak ;)), a jak siedzimy, to jemy, pijemy...
Muszę jednak stwierdzić, że nie tak dużo jak kiedyś (mam na myśli jedzenie oczywiście :)).
Pilnujemy się jednak (bo Siostra ma też się odchudza i bardzo dobrze jej idzie!), żeby nie wystawiać orzeszków, serków czy innych pierdoletów na stół. Bo jak stoją, to je się je bezwiednie...
Przybyło mi nieco na wadze, ale kontroluję się i mam nadzieję, że zaraz się z tym uporam - tym bardziej, że mam wrażenie, że jednak część z tego to woda (sól, wino i takie tam).
Choć nie powiem, ciasta trochę też zjadłam.
No nagrzeszyłam trochę, ale mam zamiar nie skupiać się na tym!
Idę do przodu i już :)
Dziś ananas na drugie śniadanie i duuużo wody!
Spróbuję się przedrenować :)
W zasadzie to wciąż świętujemy, bo mimo że już po Wielkanocy, to mamy gości, siedzimy sobie razem (z przerwami na pracę jednak ;)), a jak siedzimy, to jemy, pijemy...
Muszę jednak stwierdzić, że nie tak dużo jak kiedyś (mam na myśli jedzenie oczywiście :)).
Pilnujemy się jednak (bo Siostra ma też się odchudza i bardzo dobrze jej idzie!), żeby nie wystawiać orzeszków, serków czy innych pierdoletów na stół. Bo jak stoją, to je się je bezwiednie...
Przybyło mi nieco na wadze, ale kontroluję się i mam nadzieję, że zaraz się z tym uporam - tym bardziej, że mam wrażenie, że jednak część z tego to woda (sól, wino i takie tam).
Choć nie powiem, ciasta trochę też zjadłam.
No nagrzeszyłam trochę, ale mam zamiar nie skupiać się na tym!
Idę do przodu i już :)
Dziś ananas na drugie śniadanie i duuużo wody!
Spróbuję się przedrenować :)
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
365.214
Nie idzie mi coś.
Chyba źle jest zaczynać zdanie (a post tym bardziej!) od 'nie', nie?
Nie jestem malkontentką. Jestem po prostu bardzo zmęczona.
Dużo wzięłam na siebie różnych spraw, skumulowało się, nie mam chwili dla siebie, na to, żeby się wyspać, pobyczyć. To chyba to.
Staram się jeść regularnie. Ale pozwalam sobie na to i tamto.
Rezultat: +1 kg
Miałam docisnąć jeszcze trochę, żeby tę serię zakończyć jednak wynikiem -10, ale nie dałam rady.
Może po świętach, jak odpocznę? Nie chcę się katować. Nie chcę się zadręczać wyrzutami sumienia.
Chcę łagodnie do siebie podejść. Nie chodzi o folgowanie sobie, ale o taką wyrozumiałość i pozwolenie sobie na poluzowanie gdzieś... bo pęknę...
Pms mi minął, a mi się nadal płakać chce, to chyba sygnał, żem zmęczona.
Żeby chociaż pogoda odwracała moją uwagę. A tu lipa...
Kurde, jak to odchudzanie siedzi w głowie.
Jak bardzo trzeba sobie tłuc do głowy, żeby było normalnie...
Ale chcę, żeby było normalnie, więc walczę dalej, nooo...
a to powiało optymizmem ;)
Chyba źle jest zaczynać zdanie (a post tym bardziej!) od 'nie', nie?
Nie jestem malkontentką. Jestem po prostu bardzo zmęczona.
Dużo wzięłam na siebie różnych spraw, skumulowało się, nie mam chwili dla siebie, na to, żeby się wyspać, pobyczyć. To chyba to.
Staram się jeść regularnie. Ale pozwalam sobie na to i tamto.
Rezultat: +1 kg
Miałam docisnąć jeszcze trochę, żeby tę serię zakończyć jednak wynikiem -10, ale nie dałam rady.
Może po świętach, jak odpocznę? Nie chcę się katować. Nie chcę się zadręczać wyrzutami sumienia.
Chcę łagodnie do siebie podejść. Nie chodzi o folgowanie sobie, ale o taką wyrozumiałość i pozwolenie sobie na poluzowanie gdzieś... bo pęknę...
Pms mi minął, a mi się nadal płakać chce, to chyba sygnał, żem zmęczona.
Żeby chociaż pogoda odwracała moją uwagę. A tu lipa...
Kurde, jak to odchudzanie siedzi w głowie.
Jak bardzo trzeba sobie tłuc do głowy, żeby było normalnie...
Ale chcę, żeby było normalnie, więc walczę dalej, nooo...
a to powiało optymizmem ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



